Strona Barbary Wojciulewicz
Między nadzieją a zwątpieniem


"Jeśli jest jakieś niebo" Dariusza Kiełczewskiego to drugi tomik tego poety. Składają się nań trzydzieści dwa liryki, z których pięć pochodzi z debiutanckich "Szkiców". Autor pozostaje wierny swoim wcześniejszym inspiracjom, a zwłaszcza szczególnemu zanurzeniu we współczesną poezję brytyjską, która odegrała pewną rolę w kształtowaniu literackich gustów pokolenia dorastającego w latach osiemdziesiątych. Działo się tak głównie za sprawą opracowanej przez Piotra Sommera i wyjątkowo starannie wydanej jak na owe czasy czytelnikowskiej "Antologii współczesnej poezji brytyjskiej". Z pewnością te i inne teksty współczesnej kultury, do których tak chętnie nawiązuje autor "Szkiców" i "Jeśli jest jakieś niebo", wpłynęły na kształt jego w gruncie rzeczy bardzo osobistego poetyckiego świata. Kiełczewski nie zataja przed czytelnikiem źródeł swoich inspiracji, jakby chciał przypomnieć, że wszystko już było, a poezja nie rodzi się w próżni, coraz częściej stanowiąc rodzaj intertekstualnego dialogu. Zdecydowanie jest poetą swego pokolenia, jednakże przynależność pokoleniowa i to, co niesie ona ze sobą, nie wyczerpuje fenomenu jego poezji. Temu co wspólne generacji, nadaje poeta wyraźne znamię swojej indywidualności.
W tomiku "Jeśli jest jakieś niebo" odnaleźć można odniesienia do twórczości Seamusa Heaney’a, z którym łączy Kiełczewskiego między innymi pojmowanie kategorii czasu jako istotnego elementu konstytuującego lirykę. "Myślę, że poezja, która potrafi nas przekonać całkowicie - twierdzi bowiem irlandzki noblista - zawsze należy do dwóch wymiarów czasowych, a mianowicie zawiera przeszłość, jakieś mityczne "dawno, dawno temu", obejmując jednocześnie czasy współczesne, naszą własną teraźniejszość"1. Ta myśl znajduje odzwierciedlenie w liryce Kiełczewskiego. W nawiązującym do staroangielskiego eposu "Beowulf" i noszącym ten sam tytuł wierszu czytamy: po tym jak skończyłem z grendelem / jakoś nie mogę spać. Beowulf to bohaterski wiking, który zwyciężył okrutnego Grendela, i nasz współczesny zarazem, bo w coraz to innej czasoprzestrzeni człowiek pozostaje właściwie ten sam, przeżywa odwieczny dramat niespełnienia. Zmienia się jedynie scenografia i rekwizyty. Pozostaje uwikłanie w czasie i pragnienie wieczności. Myśl o przemijaniu, choć odsuwana, natrętnie powraca i nie pomaga / mleko otwarte okno wódka telewizja wyczerpujący / seks.
Dla poety owo mityczne "dawno, dawno temu" to nie tylko odległa historia, lecz także własne dzieciństwo, którego wspomnienie wywołuje melancholiczne poczucie straty będące jedną z dominant tych wierszy. Wracają więc w poetyckich impresjach Kiełczewskiego obrazy z lat dziecięcych, a do ich wywołania tak niewiele potrzeba: obok nas siedziały dwie mokre dziewczyny przed chwilą / kąpały się w ubraniu dokładnie tak samo / jak kiedyś nad rzeką dzieci z naszej szkoły / i tak samo jak one mówiły z twardym kurpiowskim akcentem. Dzieciństwo spędzone na Kurpiach to dla poety swoista arkadia, choć dopiero z perspektywy czasu widać to wyraźniej. Jako dziecko czuł się przecież trochę z wiejskiej społeczności wyobcowany, swój i obcy zarazem w grupie rówieśników: trampki chłopaków ocierały im stopy dlatego / przeważnie grali boso rzucając pod płot buty i zniszczone tekturowe tornistry ze swoja skórzana teczką / byłem wśród nich / jak zagubiony urzędnik skarbowy.
Wrażenie pewnego wyalienowania nie opuściło go także wówczas, kiedy zamieszkał w mieście. Z żartobliwym dystansem do siebie opowiada: zapamiętywałem wszystkie twarze / w kawiarniach sklepach na ulicach // przystankach w mojej wiosce każda nowa twarz / mogła oznaczać złodzieja albo dawno nie widzianego kuzyna / dlatego ciągle trzeba było uważać. Pewnego dnia udało mu się wreszcie wtopić w anonimowy tłum. Zauważył wówczas z niejakim zdumieniem i ulgą: dokoła mnie krążyły abakany / nareszcie byłem / swój. Czy to znaczy, że przestał czuć się outsiderem? Być może, bo wkrótce o tym mieście, o Ostrołęce po prostu napisze: moje miasto. I z rozrzewnieniem doda: podobno słynie z morowego powietrza. Czułość pamięci obudzi w nim nawet tamtejsza elektrownia kaszląca na spółkę z celulozą nie pozwalając zasnąć. Obrazy te ewokować będą nostalgiczne wyznanie: moje miasto / które nigdy do mnie nie wróci.
W poetyckim świecie Kiełczewskiego wiele jest melancholii, a nadzieja przeplata się ze zwątpieniem. Te wiersze mają własny sensualny rytm, a zarazem obecna jest w nich nieutulona tęsknota za transcendencją, która tkwi w nich immanentnie, choć poeta nie wypowiada jej wprost. Wtóruje obrazom przyrody, czai się w prawie każdym liryku. Religijną w gruncie rzeczy refleksję budzi na przykład widok zachodzącego słońca, które zawisło na aluminiowym krzyżu i wygląda teraz / jak umierający mesjasz w wersji paula klee / zastępujący dawno tu zapomniany oryginał. Odniesienia biblijne łączą się z kulturowymi także w wierszu selekcja. Krótka poetycka relacja budzi jak najbardziej uniwersalne refleksje. Dwóch mężczyzn dzieli nadesłane teksty na przeznaczone do druku i do spalenia w ognisku. Rzecz dzieje się w leśnej ciszy, która zdumiewa wobec rodzących się w czytelniku konotacji. Przecież dzieje się rzecz straszna niczym Sąd Ostateczny czy selekcja więźniów w przedpieklu obozu koncentracyjnego. Teksty literackie są bezbronne niczym poddani surowemu osądowi ludzie, a czytelnik (recenzent?) zyskuje wobec nich rangę Boga. Ten sąd ostateczny nad czyjąś nadzieją i twórczością odbywa się w ciszy, której nic nie mąci.
Kiełczewski ma skłonność do ascezy słowa. Nie mówi nigdy więcej niż to absolutnie konieczne. Nie kokietuje czytelnika, nie próbuje go też szokować. Zdarza się jednak, że próbując oddać prawdę o polifoniczności świata, w którym żyjemy, kreśli obraz budzący grozę. Tak jest w przypadku tekstu prawomyślni (albo wersja polska wiersza semusa heaneya "wyjęty spod prawa"). Zezwierzęcenie człowieka i zarazem jego niewyobrażalną samotność pokazano tu bez ogródek i w imię prawdy o ludzkiej egzystencji, gdyż bywa ona (niestety) i taka.
Mimo wielkiej wrażliwości na urodę świata, poeta wciąż znajduje więcej powodów do smutku niż radości. Świadczy to o pewnych skłonnościach do melancholii, której paradoks polega na tym, że antycypuje doznanie straty2. Stąd tak bliskie romantykom, lecz przecież nie tylko im właściwe, tropienie śladów przemijania. Wędrówka z ukochaną przez puszczę skłania do refleksji, że w takich miejscach zawsze więcej ludzi jest w mogiłach niż na szlaku. Z kolei na obraz opuszczonej wsi składają się puste oczodoły okien i starzejące się ściany. Lęk przed utratą przybiera na sile, nie koi go pełna czułości bliskość drugiej osoby. Wszystko zdaje się nieodwołalnie i bezlitośnie ulegać przedawnieniu.
Nic więc dziwnego, że śmierć stanowi ważny i powracający motyw wierszy Kiełczewskiego. To przecież ta co jedyna wśród nas / jest nieśmiertelna. Kiedy umiera człowiek, porządek rzeczy ulega odwróceniu i najpierw odchodzą z parkanów plakaty / ubrania zrzucają z siebie żałobników / idą odpocząć do następnego razu / zmęczone zapachem wieńców świec i płaczem ludzi // potem powoli blask swój tracą fotografie / albo gdzieś giną schowane przed dziećmi żeby nie płakały / aż wreszcie wycierają się litery na tablicach / i zarastają krzakami ostatnie ścieżki i świadectwa groby. Wobec kruchości życia człowiek czuje się bezradny. Jak mimo lęku przed nicością ocalić w sobie nadzieję? Co uczynić z pragnieniem nieśmiertelności? Nic nie wydaje się pewne. Czy rzeczywiście wszystko musi mieć początek i koniec? Czy między jednym a drugim krańcem życia rozgrywa się owo wszystko? I naprawdę nic już nie ma poza tym? Poeta szuka odpowiedzi i nie znajduje. Jego uczciwość w tej mierze jest godna szacunku. Poprzez urodę świata prześwituje nadzieja nieskończoności. A jednak nie ma łatwych odpowiedzi na najtrudniejsze pytania. Kiełczewski zachęca nas do dialogu, który staje się rodzajem współtworzenia. Znajduje chytre sposoby na to, by czytelnika skusić do zajrzenia pod powierzchnię rzeczy. Z tym, że dalszą drogę przebyć już trzeba samotnie i na własną odpowiedzialność.
Kolejność wierszy w tomiku "Jeśli jest jakieś niebo" nie jest przypadkowa. Zostały one uporządkowane w sposób uwypuklający niektóre sensy poetyckich dociekań. I tak na przykład inicjalny wiersz "Prolog" i końcowy "Epilog" różnią się jedynie układem strof, gdyż zamieniono miejscami zwrotkę pierwszą i trzecią, a środkowy wers pozostał ten sam. Te dwie niemal bliźniacze miniatury lapidarnością swoją oraz konkretnością i prostotą języka przypominają haiku. Sugestywny obraz namalowany za pomocą niewielu słów ma w sobie coś z epifanii: pozostaje na długo w pamięci czytelnika i uaktywnia jego wyobraźnię. Przypomina, że piękno nie jest czymś trwałym, jego obecność wskazuje na coś co (miejmy nadzieję) istnieje, choć w innym niż ziemski porządku. Pióra mewy przypominają swoją bielą anielskie, ale przecież nimi nie są, to pióra / które / nigdy nie będą / w niebie / skundlone mokre. Swoista ekologiczna wrażliwość Kiełczewskiego daje o sobie znać na niemal każdym kroku. Brak w niej jednak franciszkańskiej pogody ducha. Jest za to refleksja nad przemijaniem i pełen melancholii smutek. No tak, rozważa poeta, jeśli jest jakieś niebo, to może warto zachować w pamięci ile się da, bo przecież któregoś dnia przecież rzucę to wszystko / wszystkich kogo znam i wszystko co znam raz / na zawsze więc zbieram chociaż pamięć / na wypadek jeśli się nie przyzwyczaję.
Dariusz Kiełczewski, Jeśli jest jakieś niebo. Białystok 2002 [rec. Barbara Wojciulewicz, Między nadzieją a zwątpieniem, "Pracownia" nr 28 (1/2002), s. 82-84]
na górę
1 Z rozmowy z Heaneyem przeprowadzonej przez Jerzego Jarniewicza podczas wieczoru autorskiego w Teatrze Polskim w Warszawie 9 listopada 2000 r.
2 Marek Bieńczyk: Melancholia. O tych, co nigdy nie odnajdą straty, Wydawnictwo Sic! Warszawa 2000, s. 109.
 
Wszelkie prawa zastrzeżone © 2005 Barbara Wojciulewicz Valid HTML 4.01!Valid CSS!