| Strona Barbary Wojciulewicz | |
|
Wbrew nieuchronności losu Najtrudniej dać świadectwo prawdzie, bo ona się nieustannie wymyka, bywa też zbyt bolesna, niewygodna, niemal nie do udźwignięcia. Trud pochwycenia jej, nazwania, ocalenia i przekazania drugiemu człowiekowi podejmuje wciąż na nowo poezja, gdyż wielu poetom nieobca jest wiara w jej wyzwalającą moc. "Ważna jest prawda - czytamy w Na progu słowa Anny Kamieńskiej. - Własna prawda. Ale na czym polega prawda w poezji? Prawda to wiedza, to poznanie. Ale przecież poznanie poetyckie nie pokrywa się z poznaniem naukowym. Już bardziej przypomina poznanie religijne. I tak jest wpisane w nasze wiersze, jak doświadczenie życia wpisuje się w rysy twarzy i zmarszczki rąk"1.
Ostatnio wydany tomik Zbigniewa Chojnowskiego zatytułowany Prześwit2 jest poetyckim wyznaniem prawdy wyzwolonej przez cierpienie. Te wiersze wdzierają się do duszy odbiorcy, szarpią jej najtkliwsze struny i nie pozwalają o sobie zapomnieć, żyją w czytelniku życiem utajonym, wchodzą z nim w dialog, zmuszają do głębokiej zadumy. Każdy utwór ma tu swoje miejsce, jest potrzebny i ważny. Nie ma w tej niewielkich rozmiarów książeczce ani jednego zbędnego słowa, a cóż dopiero liryku.
Już inicjalny wiersz ewokuje obraz rzeczywistości, w której jakaś przemożna siła niweczy wszelkie ludzkie starania i nadzieje: Szara nasza kraina: /jak skorupka łódki odwróconej do góry dnem,/ jak strzępki żagla wystające z piachu i furkoczące na wietrze,/ jak środek pękniętego wiosła bez piór,/ jak żywa twarz umarłej. Zupełnie jakbyśmy byli poddani przeznaczeniu nieodwołalnie i bezwzględnie. Brzmienie tych wersów uwydatnia zawarte w nich sensy, wprowadza w atmosferę utraty. Niewielką przestrzeń dla nadziei dostrzec możemy tam, gdzie wydaje się ona niemożliwa: A przecież wszystko, co najważniejsze jest niczym.../niczym szara myszka na ścieżce wzdłuż domu / w drgawkach przed końcem,/ skręcona w embrion. Ten poetycki obraz przypomina, że jesteśmy wplecieni w koło życia, w którym koniec ma znamiona początku, a początek przywodzi na myśl koniec. Więc w chwili śmierci wraca się do jakiegoś początku?
Bohaterowie liryczni "Prześwitu" uchwyceni są w procesie umierania. Poeta pochyla się nad tajemnicą tej transgresji. Próbuje uchwycić ten czas przechodzenia z życia do śmierci; kontempluje te chwile, kiedy jest się już nie tu, a jeszcze nie tam. Jak w wierszu o chińskiej dziewczynce, która miała to nieszczęście, że nie urodziła się chłopcem: W wielkich oczach nowo narodzonej chińskiej dziewczynki/Nie ma zdziwienia - są gruzła ropy jak łzy. (...) Jej żywe żebra zapadają się jak katedra,/Jak oddech tylu Chrystusów na ozdobnych krzyżach./Ale jej ciałko leży na surowej desce, tak jak było na początku./Umrze za cztery dni w tej izolatce, w tym swoim Betlejem. Wraca tu więc znowu motyw bliskości śmierci i narodzin, ale wszystko jakby zwielokrotnione. Umiera dziecko, które niemal nie zaczęło żyć, oddane śmierci, bo się nie znalazł ani jeden,/Ani jeden, który by jej nadał imię./ Przecież nazywać znaczy kochać...
W cyklu wierszy wyodrębnionych wspólnym tytułem Niemowy poeta mówi za tych, którzy już nic nie powiedzą: umarli, zamordowani, cierpiący w samotności. Jednym tchem, a zarazem ze skrupulatnością wymienia imiona, nazwiska i okoliczności śmierci mieszkańców swojej rodzinnej wsi. Kreśli więc wizerunki tych, którzy umierali szybko odbierając sobie życie, bo im obrzydło, a także tych, do których los właśnie zdawał się uśmiechać, ale przyszła śmierć i zniweczyła wszystko. Daje świadectwo ich niepowtarzalnych w swej tragiczności istnień. Zwraca uwagę uważność, jaka towarzyszy każdemu spojrzeniu na bliźniego, a przecież ona sama, jak twierdzi Simone Weil, jest modlitwą. I owa uważność właśnie nadaje wielu tym wierszom wymiar wertykalny, choć rzadko wyrażany wprost.
Najboleśniejszym wierszem w tym tomiku jest zaczynający się od słów: Tutaj również Abel nie spodobał się Kainowi... I chociaż nie pada ani razu nazwa miejsca, czytelnik nie wątpi ani przez chwilę, że chodzi o Jedwabne. Tutaj nad ofiarną stodołą dymi spod powieki Opatrzności,/Tutaj żywe pochodnie głosów i żar bólu przeszły do rzeczy niewidzialnych, /Tutaj w popiół rozpełzły się robaczki hebrajskiego pisma,/ Tutaj niepamięć winy woła o pomstę do ziemi. Stała się rzecz niewyobrażalna, bo jakby po raz drugi zamordowano ofiary, kiedy zapomniano o nich. Trzeba pamiętać, trzeba dociekać prawdy, by irracjonalna wrogość, która doprowadziła do zbrodni, nie mogła niepostrzeżenie się odradzać.
Poeta nie ocenia, nie feruje wyroków ani nie włącza się do debaty o tym, jak do tego mogło dojść, jak dojrzewała ta nienawiść. Nie liczy ofiar i katów, ale ewokuje jedynie pewne obrazy i sprawia, że nie sposób je zapomnieć, bo realia zbrodni wpisane zostają w cały system kulturowych znaków, jakże czytelnych i mających wspólne, judeochrześcijańskie konotacje: Tutaj matki przy skwierczących ciałach ze swoich ciał/ Zazdrościły matkom, które potopiły w źrenicy stawu własne dzieci,/ Aby na ich zabójców nie spadł grzech./ Tutaj cztery ściany płaczu zacisnęły się jak pętla.
Pośród piekła jedwabieńskiej kaźni nie zabrakło znaku ludzkiej solidarności. Tutaj Chaja o płomiennych włosach oddała ostatnią wdzięczność,/Bo w tym dniu pod słońcem jak w piecu / Nie anioł, lecz Kazimiera podawała jej wodę, a butelka potłukła się o bruk /I zwilżone zostały wyrwane zwiędłe trawki. Dzień męki dobiegał końca. Przed żydowską matką i jej synkiem ostatnia z dróg. Jeszcze dwie jeszcze żywe madonny: / Matkę z pierworodnym Szmulkiem / I matkę z dwuletnim Rysiem /Rozdzielił przez rozgrzane powietrze chłód lufy / Na pomieszanie dobrego i złego. Chaja i Szmulek poszli na śmierć, bo płynęła w ich żyłach żydowska krew. Tu właśnie pogarda dla Innego znalazła swój najpotworniejszy wyraz. To miejsce szczególnie predestynowane do tego, by mówić o uniwersaliach. Właśnie wobec tego, co wydarzyło się tutaj, bardziej niż gdziekolwiek należy stanąć w prawdzie, chociaż jakże ona trudna do przyjęcia i w swoim okrucieństwie niepojęta.
Do liryków, w których kategoria bólu stanowi kompozycyjną dominantę, należą również te z cyklu zatytułowanego Renata. Dotyczą tak dramatycznych osobistych doświadczeń, że wnikając w ich sensy, czujemy się onieśmieleni ogromem bólu i szczerością intymnego dialogu poety z ukochaną żoną, która znajduje się w przedziwnym stanie zawieszenia między życiem a śmiercią: Odeszłaś pozostawiając ciało./Ono ślepo oddycha i wydala przetrawiony pokarm./Umarłaś, a wyglądasz jak żywa./Dokładnie się wcieliłaś. Czy można sobie wyobrazić większe udosłownienie pojęcia wcielenie? Ukochana odchodząc/Pozostawiła oddychające ciało/ I pytania bez odpowiedzi.
Chojnowski wprowadza nas w swoje tragiczne poszukiwania sensu cierpienia, na które nigdy nie jesteśmy dość przygotowani, a już na pewno nie pragniemy go. Z prostotą i szczerością wyznaje: To nie ja wymyśliłem dramat./To dramat mnie wymyślił. Jest w tym wszystkim swoisty paradoks: cierpienie ma moc niszczenia, ale może też nas stwarzać, otwierać na dobro i ponaglać do mówienia prawdy. Skoro nie da się go uniknąć, należy szukać w nim sensu. Wbrew temu, o czym zdaje się przekonywać nas kultura masowa, cierpienie nieodłączne jest od każdej ludzkiej egzystencji i należy znowu o tym mówić, należy przywrócić współczesnemu człowiekowi prawo do przeżywania bólu. Tragizm ludzkiej kondycji przeżywanej świadomie nadaje jej głębszy sens. O tym zapewnia nas poeta na kartach "Prześwitu" i być może ta myśl właśnie stanowi jeden z kluczy do interpretacji tytułu.
Kiedy poznasz, że jestem bez pamięci, bez uczuć,/To będzie jasne, że mnie nie ma - mówi bohaterka liryczna tych wierszy-łkań. - To tej łuski po mnie nie całuj./ Jestem już gdzie indziej - wystrzelona w usta Boga. Kimże więc jest człowiek? Czy to nieprawda, że jesteśmy psychofizyczną jednością, że wszelkie podziały na ciało i ducha są sztuczne i utrudniają tylko zrozumienie czlowieka? Jak jest naprawdę? Gdzie mieści się nasza istota? Poeta daremnie szuka odpowiedzi: Z ciała powstałaś, w ciało się obróciłaś./Nikt nie wie, dlaczego i po co poddałaś się takiej przemianie.
W świecie, w którym Nadzieja poszła na bezrobocie./Nic nie będzie takie, jakie miało być. A skoro tak, to świat, który uległ zagładzie, trzeba mozolnie odbudowywać od nowa, najlepiej na fundamencie tego, co uniwersalne, archetypowe, głęboko ludzkie. List od Orfeusza zawiera wspomnienie miłosnego szczęścia, kiedy to świat wydawał się niby rajski Eden: Jak w dzieciństwie bawiliśmy się w chowanego/ skrywając się w jedno ciało i w jedno słowo. Współczesny Orfeusz wie, że nie wolno mu zapamiętać się w rozpaczy. Nie mniej cierpi, nie mniej rozpacza, ale z wielu powodów nie wolno mu dążyć do autodestrukcji. Z tego cierpienia rodzi się poeta, którego samoświadomość jest najwyższej próby.
Z godną podziwu powściągliwością w wyrażaniu uczuć, Chojnowski stwierdza: Nieludzkie jest małżeństwo z umarłą. Ulgi nie przynosi ani modlitwa, ani jej zaniechanie. Pozostaje nieutulona tęsknota i pragnienie dostrzeżenia sensu: Dojrzewałem, abyś uczuła w sobie wilgotny i ruchliwy płód. / Zerwałaś wszelkie przywiązania, schowałaś się doskonale, /Abym dojrzał - odszukał już tylko siebie.
Wśród Wierszy o nadziei więcej niż nadziei jest przekonania, które można by najpełniej wyrazić słowami Anny Kamieńskiej: Taka jest gorzka mądrość rzeczy. Nic nie jest pewne. A jednak trzeba pamiętać i trwać w miłości, która jedyna niesie nadzieję i ocalenie, bo przecież: Narodziliśmy się, aby rodzić siebie - królestwo z tego świata:/ Kołyskę z dotyków,/Wschód ciepła na ustach,/Ciszę po pocałunku,/ Chwilę, w której opuszcza nas lęk.
Zbigniew Chojnowski, Prześwit, Olsztyn 2002 [rec. Barbara Wojciulewicz, Wbrew nieuchronności losu, "Pracownia" nr 29-30 (2-3/2002), s. 58-61]
na górę
1 Anna Kamieńska: Na progu słowa, Wydawnictwo "W drodze", Poznań 1985, s.10. 2 Zbigniew Chojnowski: Prześwit, Olsztyn 2002. |
|
| Wszelkie prawa zastrzeżone © 2005 Barbara Wojciulewicz |
|