| Strona Barbary Wojciulewicz | |
|
Wieczór wspomnień o doktorze Stanisławie Pawłowskim
Asia Stanisław Henryk Pawłowski urodził się 27 kwietnia 1902 roku w Pułtusku jako trzecie dziecko państwa Bronisławy i Waleriana Pawłowskich. Dwie siostry były od niego znacznie starsze. Wychowywał się z synem jednej z nich, Edmundem. Byli zżyci ze sobą jak rodzeni bracia. Ania Do szkoły powszechnej i gimnazjum uczęszczał w rodzinnym mieście. Jaka to była szkoła, opisał dowcipnie Wiktor Gomulicki, który był jej uczniem czterdzieści lat wcześniej niż Stanisław Pawłowski. Gimnazjum, opisane we "Wspomnieniach niebieskiego mundurka" musiało zachować w sobie dawnego ducha, skoro dr Pawłowski po latach z dumą przyznawał się do tego, że był absolwentem tej szkoły. Spróbujmy wyobrazić sobie ten gmach i jego atmosferę. Tak wspominał Gomulicki: Justyna "W samym środku długiego piętrowego gmachu, przypierającego jednym końcem do kościoła Ojców Benedyktynów, znajdują się duże, ciężkie, okute drzwi z wielką mosiężną klamką, umieszczoną tak wysoko, że "knoty" wspinać się do niej muszą na palcach, a niżsi spomiędzy nich wcale dosięgnąć jej nie mogą". Asia Jednym z magicznych miejsc na dziedzińcu szkolnym była pompa. Niewykluczone, że za szkolnych czasów doktora Pawłowskiego gimnazjaliści spotykali się nadal wokół niej i bywało jak we wspomnieniach Wiktora Gomulickiego: Ania "Niemałe zajęcie budzi wśród uczniów pompa klasztorna, przy której gaszą pragnienie na pauzach, a po trosze i podczas lekcji. To biedne pompisko, do niemożliwości rozklekotane, rozdzwonione i skrzypiące, szarpane i na wszelki sposób dręczone codziennie, po sześć godzin na dobę, odpoczywa tylko podczas świąt i wakacji (...) Chłopcy piją wodę czapkami, oblewają się, palą papierosy i paplą, paplą, paplą jak sroki sejmujące.
Najczęstszym przedmiotem rozmów jest sama pompa".
Justyna Wyobraźmy sobie, że wśród zgromadzonych tam chłopców znajduje się Staś Pawłowski i słucha takiej oto wymiany zdań między swoim rówieśnikiem i starszym kolegą: Piotr Zimna woda, co?... Robert Zimna, panie... aż zęby cierpną... Piotr A wiesz: dlaczego zimna?... Robert Nie wiem, proszę pana. Piotr Od nieboszczyków. Robert Ja... jak to, proszę pana? Piotr Wiadomo, że każdy nieboszczyk zimny jak lód; pod kościołem pełno nieboszczyków; a ta woda płynie prosto spod kościoła. Robert Do... doprawdy? Asia "Knot" blednie i zębami dzwonić zaczyna. Robi mu się tak zimno, jakby sam był nieboszczykiem. Ucieka od pompy i postanawia nigdy już nie pić tej wody okropnej. Ale to postanowienie długo nie trwa. Chłopiec przekonywa się niebawem, że wszyscy w szkole o nieboszczykach wiedzą i że to nikomu apetytu do wody nie psuje. Miałżeby okazać się mniej odważnym i wybredniejszym niż ogół kolegów? Tradycja, pokoleniom przez pokolenia przekazywana, twierdzi, że źródło zasilające pompę wytryska w podziemiach kościelnych, gdzie od kilku stuleci chowają zmarłych zakonników. Chowają zaś nie w zamkniętych trumnach, lecz po prostu na gołych deskach, z kamieniem pod głową..." Justyna Stanisław Pawłowski był szesnastoletnim uczniem, kiedy Polska odzyskała niepodległość. Zaczynał edukację w carskiej szkole, a kończył w wolnej Polsce. Pułtuskie gimnazjum musiało być szkołą z wielu względów niezwykłą. Z pewnością dbano w niej o patriotyczne wychowanie młodzieży. Dobitnie świadczy o tym fakt, że w roku 1919 Stanisław wraz z kolegami z klasy gimnazjalnej zgłosił się na ochotnika do wojska i wziął udział w wojnie polsko-bolszewickiej. Po ukończeniu działań wojennych wrócił do szkoły, a po zdaniu matury w roku 1922 rozpoczął studia lekarskie na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie. W tym samym roku pod kołami samochodu zginął tak bliski mu siostrzeniec, Edmund. Ania Był taki czas w studenckim życiu Stanisława Pawłowskiego, kiedy wahał się, czy aby na pewno chce być lekarzem. Z medycyny przeniósł się na historię, by po roku znowu podjąć studia medyczne. W styczniu 1928 r. zdał egzamin na stopień lekarza, a w marcu roku następnego uzyskał tytuł doktora medycyny. Robert W roku 1932 przyjechał do Myszyńca. Od lat pracował tu i darzony był niemałym szacunkiem doktor Nosarzewski. Obaj panowie zaprzyjaźnili się. Ania Kiedy pewnego razu wybrali się na spacer, doktor Pawłowski, wskazał na cmentarz i zapytał starszego kolegę: "Czy wielu swoich pacjentów pan tam już wysłał?" W odpowiedzi usłyszał: "Radzę panu, doktorze, zaprowadzić rejestr". Te słowa utkwiły głęboko w sercu doktora Pawłowskiego. Postanowił robić wszystko, by nie zakładać takiego rejestru. Piotr Myszyniec, w którym młody doktor podjął pracę, był osadą tętniącą życiem. Liczył sobie dwa tysiące ośmiuset jedenastu mieszkańców, a wśród nich - tysiąc sześciuset osiemdziesięciu jeden Polaków i tysiąc stu trzydziestu Żydów. Liczba mieszkańców rosła, bo w roku 1938 było ich już trzy tysiące dwustu. Oprócz dwóch lekarzy - doktora Nosarzewskiego i doktora Pawłowskiego - pracowały dwie akuszerki i sądząc z gwałtownie rosnącej liczby mieszkańców, cała czwórka nie narzekała na brak zajęcia. Justyna Znajdowało się tu 41 sklepów spożywczych, 9 piekarń, osiem zakładów przemysłowych (w tym jeden wiatrak i jeden młyn parowy). W miasteczku był urząd gminny, poczta i telefon, apteka, posterunek policji, komisariat straży granicznej, sąd grodzki, rejent, biuro podań i porad, adwokat, trzy zakłady fryzjerskie, drogomistrz, stacja kolejowa, dwóch zegarmistrzów, remiza straży pożarnej. Działała elektrownia urządzona na młynie parowym, miasteczko było nocą oświetlone. Istniały restauracje z noclegiem i piwiarnie (razem do dziesięciu). Obok kościoła - dom parafialny z salą do przedstawień. W miejscu gdzie dziś znajduje się zajazd "Hopla" stała bóżnica. Był rabin i cmentarz żydowski. Robert Myszyniec słynął z placówek kulturalnych i pracy społecznej, do której oprócz mieszkańców osady garnęła się także światlejsza okoliczna ludność. Działały więc: Związek Zachodni, Koło Ligi Morskiej i Kolonialnej, Kolo Szkolne, Związek Pracy Obywatelskiej Kobiet, Związek Strzelecki, Związek Zawodowy Kolejarzy z własną świetlicą i biblioteką. W samą działalność Stowarzyszenia Młodzieży Katolickiej zaangażowanych było tysiąc sto osób. Lista organizacji i stowarzyszeń działających w ówczesnym Myszyńcu jest zdumiewająco bogata. Istniało też szereg organizacji oraz stowarzyszeń żydowskich. W wydanej parę lat temu "Księdze Żydów ostrołęckich" kilka stron poświęcono myszynieckim Żydom. W ich wspomnieniach Myszyniec to niemal przestrzeń arkadyjska, w której "od wieków spokojnie i cicho pielęgnowano życie żydowskie i przyjazne kontakty z sąsiadami - Kurpiami".
Asia Myszyniec słynął także z tego, że kultywowano tu kurpiowskie obyczaje. I chociaż wśród mieszkańców osady znaczny był odsetek ludności napływowej, która nie mówiła gwarą, to okoliczna ludność kurpiowska pozostawała wierna obyczajom swoich ojców. Justyna i Ania (śpiew) A w kurpsioskiej puscy.... Piotr Dla przybysza, jakim był doktor Pawłowski, kurpiowskie stroje, gwara i pieśni były z pewnością czymś nowym i ciekawym. Można domyślać się, że nie od razu umiał zrozumieć kurpiowską mowę, w której zachowało się odrębne słownictwo, a rzecz całą komplikował dodatkowo fakt, że w każdej wsi mówiono odrobinę inaczej. Znając poczucie humoru doktora, domyślać się możemy, ze nieraz dochodzić mogło na tym tle do zabawnych sytuacji. Sandra (śpiew) A pod boram... Robert We wrześniu 1939 roku doktora zmobilizowano. Jako lekarz wojskowy uczestniczył w kampanii wrześniowej. Cudem uniknął niemieckiej niewoli. Niebawem po powrocie do Myszyńca został aresztowany i wysłany do obozu koncentracyjnego. Przebywał najpierw w Dachau, następnie w Mauthausen-Gusen, skąd zwolniono go 4 września 1940 r. jako lekarza potrzebnego osadzie Myszyniec. Tak wspominają ten okres w życiu Doktora państwo Halina i Tadeusz Nysztalowie: Justyna "W czasie okupacji doktor miał pod opieką cały rejon kurpiowski. Leczył również rannych partyzantów. W nocy pukano do jego drzwi i mówiono, że jest potrzebny do rodzącej kobiety. Doktor bez słowa pakował swoje narzędzia, wychodził z domu, siadał na furmankę i jechał, sam tak naprawdę nie wiedział gdzie i co to za ludzie przyszli po niego. Na miejscu dowiadywał się, że nie ma rodzącej kobiety, lecz jest ranny partyzant. Często gestapo otaczało jego dom i przeprowadzało rewizje". Robert Zachowało się wspomnienie jednego z partyzantów, Stefana Czajkowskiego, któremu doktor opatrywał rany odniesione w akcji mającej na celu odbicie więźniów przewożonych z Kolna do Ostrołęki. Pan Czajkowski wspomina, że doktor odwiedzał rannych nocą, często brnąc do nich pośród zasp i dokonując zabiegów w zimnych schronach. Był to okres, kiedy żandarmi szczególnie często przeczesywali okoliczne lasy w poszukiwaniu partyzantów. Udzielanie im pomocy w tych okolicznościach było aktem wielkiej odwagi i ofiarności. Piotr Ktoś jednak doniósł, że doktor leczy partyzantów. Nastąpiło aresztowanie. Torturowano go ze szczególnym okrucieństwem. Nie przyznawał się do zarzucanych mu czynów, nie wydał nikogo. Skatowanego wywieziono go do obozu w Działdowie. Znowu matka i narzeczona drżały o jego życie. Asia Pani Zofia Rolkowa, pielęgniarka i wieloletnia współpracownica Doktora, zapamiętała jego opowieść o tym, jak wracał z obozu. A było to tak: "Wracał z obozu w pasiaku. Szedł pieszo. Ludzie ostrzegli go, że może być ponownie aresztowany przez Rosjan lub ówczesne władze. Dostał od kogoś stare połatane ubranie i worek, w którym na spodzie miał kilka narzędzi lekarskich. Przykrył je sianem i szmatą, a na szmatę położył kilka skór suchego chleba. Kiedy w Pułtusku przechodził przez most na Narwi, gdzie stali Rosjanie i każdego legitymowali, wyjął z worka skórę chleba. Jadł ją, udając człowieka niespełna rozumu. Zatrzymał się koło wojskowych, lecz oni krzyczeli, by sobie poszedł, więc poszedł. Gdyby go wówczas wylegitymowali, mógłby trafić do sowieckiego łagru".
Kiedy wrócił do domu, wyglądał jak wrak człowieka. Ważył zaledwie 45 kg. Powoli i z trudem wracał do zdrowia, choć już zawsze miał boleśnie odczuwać skutki przebytej gehenny.
Justyna Ożenił się z Anną Rychterówną, córką myszynieckiego adwokata. Państwo Pawłowscy bardzo pragnęli mieć dzieci, ale dopiero piąte ich dziecko urodziło się żywe. Był to syn, Bronisław. W dwa lata później na świat przyszedł drugi syn, Stanisław. Obaj wspominają Doktora jako troskliwego i kochającego ojca, który jednakże nigdy nie wyjeżdżał z nimi na wakacje, tłumacząc, że nie może pozostawić swoich pacjentów. Piotr Kiedy skończyła się wojna, doktor Pawłowski znowu był jedynym lekarzem w całej okolicy i tak było aż do początków lat sześćdziesiątych. Słynął z tego, że stawiane przez niego diagnozy były z reguły trafne. Chorzy przyjeżdżali nawet z odległych miejscowości - z Czarni, z Rozóg. Asia Przez długie lata było tak, ze dzień pracy Doktora rozpoczynał się rano w Ośrodku Zdrowia, potem doktor przechodził do przychodni kolejowej, a wieczorami przyjmował pacjentów prywatnie. Pani Helena Murzyn wspomina, że chorzy przyjeżdżali furmankami. Tych furmanek było czasem bardzo dużo i na zagajniku, i na jej podwórku. Justyna Zdumiewała troskliwość, jaką doktor okazywał pacjentom. Nikomu nie odmówił pomocy, po którą zwracano się do niego o każdej porze. Sam potrafił przyjść w nocy do ciężko chorego bez zapowiadania się, by sprawdzić stan jego zdrowia. Nigdy nie mówił, ile trzeba zapłacić za wizytę. Każda suma była wystarczająca. Robert Miał ogromne poczucie humoru i pewną skłonność do przeżywania zabawnych sytuacji. Do dziś krąży wśród starszych mieszkańców Myszyńca wiele potwierdzających to anegdot. I tak na przykład doktor był pierwszą osobą, która przejechała się pierwszą w historii naszego miasteczka karetką pogotowia. Zaaferowany wysiadł z niej i nie zauważył, że zamykając drzwiczki, przyciął sobie lekarski fartuch. Ambulans odjechał, a z boku jak flaga powiewało ubranie doktora. Ania Niemal do końca swoich dni pozostał aktywny zawodowo. Zawsze gotów śpieszyć chorym z pomocą. Pani Malwina Petkiewicz wspomina, że kiedy do jej chorej mamy wezwano pogotowie, doktor powiedział z wyrzutem: "To co? Nie zna się już doktora Pawłowskiego? Nie zna?" Asia
na góręW styczniu bieżącego roku minęło 26 lat od śmierci pana doktora Stanisława Pawłowskiego, a pamięć o nim pozostała żywa, jakby opuścił nas całkiem niedawno. Im więcej rozmawia się o Nim z jego dawnymi pacjentami, tym częściej słyszy się zapewnienia, że to człowiek, którego nie sposób zapomnieć. I to dzisiejsze spotkanie jest najlepszym tego dowodem. Postarajmy się, by nasza wdzięczność dla tego wspaniałego lekarza i człowieka niezwykłej dobroci przetrwała nie tylko w naszych sercach. Kontynuujmy rozpoczęte dzieło zapisywania wspomnień, by także młodzi i najmłodsi mieszkańcy Myszyńca wiedzieli, kim był i jak wiele dobrego uczynił Doktor Stanisław Pawłowski. |
|
| Wszelkie prawa zastrzeżone © 2005 Barbara Wojciulewicz |
|